Image default
Internet

Obama jak kowboj, a Unia jak ujeżdżana kobyła. I nikogo nie obchodzi, co Ty myślisz!

Warto podjąć ten temat raz jeszcze, bo mam wrażenie, że tylko blogerzy z innych redakcji podnoszą sensownie ten temat. Otóż do dyskusji o Google i kolejnych restrykcji wymierzonych w giganta włączył się bezpardonowo prezydent USA – Barack Obama i mnie wkurzył. Robił to już wcześniej, ale teraz w wywiadzie dla serwisu Re/Code idzie po bandzie. Twardo stawia sprawę: to amerykańskie firmy są odpowiedzialne za rozwój Internetu i należy on do nas!

Jakkolwiek stwierdzenie to jest kontrowersyjne, tak trudno nie przyznać Obamie racji pod pewnymi względami. Ale trudno też podpisać się pod tym stwierdzeniem obiema rękoma! Bo użytkownikami Internetu są obywatele całego świata. I jakkolwiek amerykańskie spółki przypisują sobie niebywały sukces w rozwoju sieci, to bez udziału miliardów ludzi z innych Kontynentów, tych niebywałych sukcesów wcale by nie było. Nie wiem, jak wyglądałby wtedy świat Internetu. Ale wiem, jak wygląda dzisiaj. I jak by nie było – obejmują go również nie wirtualne, a rzeczywiste prawa stanowione w poszczególnych państwach, w ramach wspólnoty unijnej oraz prawa, którymi rządzi się amerykańska administracja.

Obama zachowuje się więc, jak kowboj ujeżdżający starą kobyłę, którą jest Unia Europejska. Przesadzam? Jeśli taki patriotyzm przemawia przez prezydenta USA, to dlaczego Google, Facebook i inne spółki uciekają z podatkami do nas, na drugą stronę Oceanu? Chyba jednak potrafimy stworzyć takie prawo, które umożliwia zarabianie gigantycznych pieniędzy, prawda? Więc można nas doić, ale zarazem żądać, aby na mocy amerykańskich regulacji legalnie administrować wymianą naszych danych osobowych, bo to m.in. one są kością niezgody, oprócz oczywiście ograniczania działalności chociażby Google’owi.

Ale tak, jak wkurza mnie ta postawa Amerykanów, tak też rozumiem że Europa rówież gra po swojemu. Myślę, że najwięcej tutaj do powiedzenia mają wciąż nieradzące sobie całkowicie z rzeczywistością cyfrowych treści tzw. stare media. Tyle tylko, że ten cały internetowy porządek opiera się na jednym ważnym punkcie – można psioczyć na wiekowe wydawnictwa, które nie potrafią przeformatować swoich treści papierowych na zdigitalizowane, ale trzeba sobie jasno wytłumaczyć, że to one mimo wszystko wyznaczają pewne standardy i porządek obowiązujących tematów.

Czy jakikolwiek bloger lub portal wysyła swoich dziennikarzy, opłaca ich pobyt i wspiera ich, kiedy jadą z misją w różne miejsca na Ziemi, gdzie dominują konflikty zbrojne? A może mamy zaawansowanych dziennikarzy śledczych, jak w pewnym tygodniku, którzy majstrują ludziom w majtkach? Każdego ranka, kiedy otwieram np. wp.pl, to w nagłówkach dominuje tak naprawdę przegląd prasy. Nie twierdzę, że WP nie ma swoich rzetelnych dziennikarzy, ale jednak to, co napisano w prasie, jest tematem wielu rozpoczynających dzień serwisów.

Przewrotnie można zapytać, co by było, gdyby ta prasa upadła? Skąd brano by informacje? Kto tropiłby afery? Kto łapał za język polityków, demaskował oszustwa, irracjonalne przepisy? No właśnie – dla takiego porządku największym zagrożeniem jest hegemonia Google. Mają rację Ci, którzy się jej obawiają, ale są to głównie duże koncerny medialne, które tracą dziś swoją pozycję na rzecz Internetu. I to im zależy na utrzymaniu status quo. Nie chodzi o to, żeby usłyszeć głos jednego, czy drugiego obywatela tej czy innej Rzeczpospolitej, ale aby pieniądze płynęły właściwym strumieniem do kogo trzeba. Najlepiej na starych zasadach.

Może zabrzmi to zbyt kontrowersyjnie, ale uważam (co nie znaczy wcale, że się pod tym podpisuję), że najlepiej dla starych mediów by było, gdyby przeformatowały się wyłącznie na Internet. Bo jeśli one przestaną szarpać się z siecią o treści, to jestem pewien, że więcej serwisów zamknie je za paywallami niż jesteśmy sobie to w stanie wyobrazić. Nie płacisz? Nie czytasz. Nikomu nie będzie się to po prostu opłacać. Tyle, że dzisiaj nikt tego nie zrobi. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek będzie w stanie? Internet jest tym, czym jest dzięki wolności przepływu informacji. I to jest zasadniczy filar, na którym stoi. Google, Yahoo!, Bing, Facebook, Twitter – to przykłady serwisów, które te treści upowszechniają. To one odpowiadają za to, że wrze w dyskusjach na profilach społecznościowych lub, że dany temat jest na wysokiej pozycji w wyszukiwarce.

Paradoksalnie użytkownik sieci już zapłacił za artykuły starych mediów szerując je dalej. I te powinny być wdzięczne Google za ich indeksowanie i podawanie nam na talerzu na podstawie mniej lub bardziej precyzyjnego zapytania. W tym kontekście wciąż podtrzymuję swoje stanowisko: łapy precz od Google! Ale przy tej okazji przypominam – jestem za zdecydowanie bardziej mądrym i odpowiedzialnym prawem, które ma na uwadze swoich obywateli, a nie wybrane, duże koncerny medialne. A niestety mam wrażenie, że tak, jak Obama swoich firm broni, tak swoich broni Unia. Obywatele – tacy jak Ty czy ja – są tylko dobrym argumentem, którym można wytrzeć sobie gębę.

Źródło, foto: re/code, gazeta, sxc